<< WsteczSpis TreściDalej >>

Zofia Kuklińska, Anna Rękawek

Rozdział 12. Długofalowe skutki jednego roku

Zofia Kuklińska

1. Trzeba będzie przywrócić normalność, a normalność nie wraca sama przez się – rozmowa z Haliną Bortnowską

Warszawa, 18 lipca 2007 roku

Zofia Kuklińska: Jakie przewiduje Pani długofalowe skutki polityki Romana Giertycha?

Halina Bortnowska: Będą to takie skutki, jakimi zawsze są skutki odkładania na później – bo ten czas stanowi przerwę w procesie modernizowania się i przystosowywania do obecnego kontekstu naszej edukacji. Kult „święty nigdy” jest u nas bardzo rozpowszechniony. A w edukacji odkładanie na „święty nigdy” jest bardziej dotkliwe, niż w innych dziedzinach życia społecznego dlatego, że tych samych dzieci nie spotkamy już na tym samym etapie życia, na którym są teraz. One potrzebują tego, czego potrzebują, teraz, a nie kiedyś, później. Dla nich jest to naprawdę „święty nigdy”. Jak coś będzie za trzy lata – to znaczy, że one już nie skorzystają, już nie doświadczą, już się tego nie dowiedzą.

Podstawowym skutkiem zatem jest to, że nie zostaną w tym czasie dokonane rzeczy, które dokonane być powinny. Nawet nie podejmuję się wyliczać, co powinno być zrobione - bo to już nie ja – to już młode pokolenie nauczycieli i specjalistów powinno robić swoje i pomagać polskiej szkole.

Mam przekonanie, że od pierwszego powrotu do naszej niezależności, od 1989 roku edukacja nigdy nie znajdowała się naprawdę w centrum uwagi rządzących, zawsze było na nią za mało pieniędzy. Poza tym jest to dziedzina reformowalna wyłącznie powoli, ma swój własny naturalny cykl, wymaga przygotowania przede wszystkim personelu - a to właśnie zostało w dużym stopniu zaniedbane, nie dokonała się właściwie pełna reforma...

Może mieliśmy za mało marzeń o tym, co zrobimy, kiedy będziemy mogli? Teraz też, wydaje mi się, mamy za mało marzeń – co zrobimy po odejściu Giertycha. Zajmujemy się cały czas zwalczaniem - potrzebnym i słusznym – tego, co on proponuje czy raczej nakazuje, natomiast wątpię, czy mamy koncepcję tego, co powinien zrobić następny minister oświaty.

Będzie potrzebny okres terapeutyczny po tym, co się stało. Trzeba będzie przywrócić normalność, a normalność nie wraca sama przez się.

Dokonało się coś bardzo szkodliwego - przerwano proces zapominania w edukacji o służalstwie, o strachu, ponownie narzucając reżim oparty na sankcjach i na strachu. To jest jak drażnienie blizny, a ta blizna jeszcze jest – nie cały korpus nauczycielski mógł być i powinien być wymieniony. Wciąż są aktywni zawodowo ludzie, którzy tamtą epokę już przeżywali czynnie i świadomie i będąc nauczycielami byli straszeni i teraz znowu są straszeni.

Atmosferę strachu uważam za najgorszą. Udało się ją stworzyć, co wiąże się z faktem, że to jest jeszcze tak niedługo po czasach, kiedy strach też funkcjonował. Ale wydaje się, że wtedy, kiedy sankcje były o wiele gorsze, mieliśmy więcej odwagi. Teraz nie ma tak straszliwych sankcji – a ja słyszę, jak dyrektor szkoły mówi, że przecież nie można robić dyskusji na kontrowersyjne tematy, bo szkoła jest przed maturą i to by mogło zaszkodzić maturzystom. Szkoła jest zawsze w okresie przed maturą – jeżeli jest szkołą, w której matury się odbywają. Czy to znaczy, że nigdy nie będzie się z maturzystami rozmawiać o sprawach, które ich obchodzą?

Z.K.: Czy Pani zdaniem taka polityka edukacyjna będzie miała wpływ na postawy naszych dzieci?

H.B.: Jest to dziwna sprawa, ale negatywny wpływ wywierają na ludzi także projekty niezrealizowane. Groźne jest to, że ludzi się karmi złymi perspektywami. A jeszcze w dodatku niektóre z tych projektów, niestety, dochodzą do etapu realizacji…

Zatem do odkładania tego, co się zwyczajnie nie dzieje, a powinno się dziać, dochodzi drugi problem - otwieranie perspektyw, które ludzi mylą co do kierunku, w jakim trzeba zmierzać, co jest aktualne a co nieaktualne , co słuszne a co nie.

Nasza szkoła zawsze była dość nudna, za komuny też. Tamta szkoła była marudna i nudna i coraz mniej było w niej nauczycieli z inicjatywą i pasją, dlatego że takich ludzi odstraszał od niej system. Dzisiaj też odstrasza. W inny sposób - ale odstrasza, na przykład niedowartościowaniem finansowym nauczycieli, co może nie miałoby zasadniczego wpływu na najlepszych, ale ci za to reagują na atmosferę i ona ich całkowicie odstrasza. Wobec tego będziemy mieć szkołę stopniowo coraz nudniejszą. A nudna szkoła przynosi obiektywne szkody - bo nudna szkoła pokazuje, że kultura jest nudna, że nauka jest nudna, że życie, być może, jest nudne, że nic lepszego Ciebie już w tym życiu nie czeka, bo wszystko dalej będzie tak samo nudne. To może skłaniać do bardzo drastycznych form złego zachowania. Dzieci nie tylko w czasie deszczu się nudzą, w nudnej szkole też - i wtedy rozrabiają.  Do nudnej szkoły prowadzi wiele czynników.

Jednym z nich jest negatywna selekcja do zawodu - jeszcze ciągle istniejąca. Za mało rzeczy dzieje się w szkole dobrowolnie, za mało jest rozmaitości, propozycji zajęć pozaszkolnych dostępnych dla wszystkich - bez dodatkowych opłat. Za mało jest autentycznych dziecięcych i młodzieżowych prób spontanicznej aktywności, spontanicznego organizowania działań.

Przykład - warsztaty dziennikarskie, proponowane przez grupę młodzieży, z którą współpracuję, przestały być prowadzone, ponieważ zabrakło środków na ich organizację. Nikt z prowadzących nie robił tego dla pieniędzy, ale przynajmniej nie musiał dokładać do zajęć, kupując papier i kredki, czy wykonując telefony. Teraz miasto, być może, zaczyna to zmieniać, ale Warszawa jest właśnie w okresie terapeutycznym, a jednocześnie szkoły ze strony ministerstwa są zniechęcane do współpracy.

Mamy również niebezpieczeństwo drylu szkolnego, który może sprzyjać wręcz paramilitarnym aberracjom niektórych ludzi. To się jeszcze nie dokonało i, daj Boże, nie zdąży się dokonać. Obawiam się także takiej sytuacji, że szkoły mogą się dostać pod wpływ organizacji stawiających sobie cele formacyjne wobec młodzieży - jak Młodzież Wszechpolska. W tle za tym wszystkim są jeszcze groźniejsze grupy, które docierają do dzieci i młodzieży np. drogą internetową. Blokowanie Internetu to jest iluzja, jeśli dziecko nie dotrze do blokowanych informacji w szkole, to dotrze gdzie indziej. Na to jest potrzebna szczepionka, nie blokady. Potrzebne jest uodpornienie przez wiele różnych czynności wychowawczych, uświadamianie, poczucie wzajemnego zaufania, żeby dzieci i młodzież nie bały się tych ludzi, którym powinny ufać. Dzieci nie mogą żyć w strachu. Strach czyni nieodpornym na szantaż i na różnego rodzaju niebezpieczne pokusy. Dzieci ze szkoły, w której panuje dryl, są bardziej narażone na niebezpieczeństwo, na przykład, niesione przez pedofilię - bo zakazane kontakty dają słodkie poczucie działania bez niczyjej wiedzy, szczególnie w przypadku braku zaufania do rodziców.

I jeszcze przykład religii. Byłam nauczycielką religii przez wiele ważnych lat mego życia, nie łatwych wcale, bo przypadających na okres stalinizmu w Polsce, przed rokiem 56. Wtedy do szkoły nas nie wpuszczano. Ale uważam, że takie traktowanie tego przedmiotu w szkole z jakim mamy do czynienia obecnie, niezwykle religii szkodzi. Wprowadzenie oceny z religii uważam również za niewłaściwe w dzisiejszych czasach.

Ja miałam ocenę z religii na świadectwie przez długie lata za tej strasznej stalinowskiej komuny, bo jeszcze wtedy tego nie zmieniono, zmiany następują powoli, kiedy zdawałam maturę w 1949 roku to już oceny z religii na maturze nie było.

Nie szkodziła nam, ale dlatego, że uważaliśmy tę religię za coś, co jest nasze w szkole, która pomału przestawała być nasza. Ksiądz był naszym sojusznikiem i przejawem naszej niezależności, nadziei pomału gasnącej. Do tego był to wyjątkowo mądry i światły ksiądz - oby takich dzisiaj było więcej. To był ksiądz, którego ja, licealistka, przekonałam do teorii ewolucji. A było to liceum przyrodnicze i to było ważne , żeby ksiądz nie był obskurantem w tej kwestii – i nim nie był, dał się przekonać.

Teraz uważam, że zarówno ocena z religii, jak i wliczanie jej do średniej jest bezsensowne. Nie można obliczać średniej między gruszką, marchewką a pietruszką. Nauka religii jest specyficzna. Czy się odbywa w szkole, czy gdzie indziej zawsze powinna mieć swoją specyfikę bycia z wyboru, a nie czymś, czego się uczy dlatego, żeby otrzymać taką czy inną ocenę. Religię trudno ocenić, bo tu są różne niewspółmierne czynniki, które muszą być brane pod uwagę. Ocena z religii i wliczanie jej do średniej z innych przedmiotów przynosi szkodę samej religii, wierze, kościołowi, dzieciom jako ludziom wierzącym – zafałszowuje postawy wobec szkoły.

Nie zgadzam z krytykowaniem uczenia religii. Uważam, że należy jej uczyć. Kościół powinien to robić – ale poza systemem szkolnym. Jeżeli w budynku szkolnym – to jak najbardziej na własną rękę, z przyjazną neutralnością samej szkoły, ale bez korzystania ze środków nacisku, jakimi dysponuje szkoła.

Dobrowolność wyrażałaby się we frekwencji…

Natomiast pod przymusem szkolnym można uczyć źle, można nie osiągnąć żadnego z duszpasterskich celów uczenia religii, a dzieci po prostu mogą tracić czas na źle prowadzonych lekcjach.

Z.K.: Dziękuję za rozmowę.


Anna Rękawek

2. O zderzeniu porządku edukacyjnego z ideologicznym. Rozmowa z Mirosławem Sielatyckim, zastępcą dyrektora warszawskiego Biura Edukacji

Warszawa, 12 lipca 2007 roku.

Anna Rękawek: Kiedy jakiś czas temu przeprowadzałam z Panem wywiad, był Pan dyrektorem CODN i opowiadał o 15-letnich osiągnięciach Ośrodka, a ja miałam poczucie, że rozmawiam z dyrektorem jednej z najnowocześniejszych, jeśli nie najnowocześniejszej, placówki w systemie oświaty, spełniającej standardy europejskie, otwartej na świat i współpracującej z ekspertami z całego świata, eksperckiej, autonomicznej, prowadzonej przez fachowca najwyższej klasy. Jest Pan symbolem tego złego, co minister Giertych przyniósł swoją polityką, ofiarą tej polityki. Konsekwencje odwołania Pana z funkcji dyrektora CODN z jednej strony mają charakter osobisty, ale z drugiej - wpływ na system i miejsce w nim dyrektora, autonomiczne lub całkowicie podporządkowane strukturom władzy. Proszę o Pana osobistą i zawodową refleksję na ten temat.

Mirosław Sielatycki: Mój przypadek wpisuje się w szerszy proces zrywania ciągłości rozwoju polskiej edukacji oraz odrywania jej od europejskich korzeni. Przypomnijmy, że CODN powstał w roku 1991 i przez 15 lat rozwijał się w sposób „organiczny” – każdy z kolejnych dyrektorów (wybieranych w konkursie) starał się kontynuować politykę poprzednika, ministerstwo zapewniało jednocześnie instytucji elementarną autonomię. Placówka gromadziła ekspertów, rozwijała sieć kontaktów krajowych i międzynarodowych i służyła kolejnym rządom (ja miałem okazję współpracować z pięcioma ministrami edukacji). Niezależnie od wyników wyborów i dzięki ciągłości pracy CODN mógł tworzyć programy i publikacje wysokiej jakości. To była siła dobrego zespołu, którym miałem przyjemność kierować. Zostało to brutalnie przerwane, ponieważ po raz pierwszy centralna instytucja doskonaląca nauczycieli została potraktowana jako łup polityczny. Moje odwołanie nastąpiło w sposób nie respektujący elementarnych zasad prawa ani dobrych obyczajów. O odwołaniu dowiedziałem się od dziennikarzy, potem trzy dni czekałem na oficjalne pismo dotyczące mojego odwołania, choć odwołany zostałem „w trybie natychmiastowym” i w „szczególnie uzasadnionym przypadku”.

Szkoda dorobku CODN, tym bardziej, że po odwołaniu mnie wielu pracowników albo zostało zwolnionych, albo odchodzi z tej instytucji. Natomiast nowi pracownicy, związani z LPR i Młodzieżą Wszechpolską budują nowy obraz polskiego systemu doskonalenia, który szokuje zarówno w kraju, jak i za granicą. To jest duża strata dla polskiej edukacji – niezależnie od tego, kto sprawuje i będzie w przyszłości sprawował rządy w oświacie. To wątek dotyczący samej instytucji.

Drugi – to „dyrektorskie studium przypadku”, które z kilku powodów jest ważne dla ogółu dyrektorów polskich szkół. Spór, który toczył się w sądzie między mną a ministrem edukacji narodowej i został na początku czerwca 2007 roku rozstrzygnięty na moją korzyść, dotyczył kilku elementarnych kwestii.

Pierwsza – to rola i funkcja szkoły oraz kształt edukacji, który można w tej szkole realizować. Czy możliwa jest w szkole debata na różne tematy, w tym drażliwe - za taki minister Giertych uznał problemy związane z homoseksualizmem. Ja uważałem i uważam nadal, że dobrze przygotowany nauczyciel jest w stanie prowadzić takie rozmowy z młodymi ludźmi i że powinien to robić. Ministerstwo prezentowało pogląd, że są obszary, o których rozmawiać w szkole po prostu nie można, powinny być one wyłączone z powodów znanych decydentom - rozstrzygają o tym jakieś kwestie wyższe, tym razem były nimi poglądy pana ministra na ten temat. Sąd przyznał mi rację, stwierdzając w sentencji wyroku, że szkoła jest miejscem, w którym ważne rozmowy powinny się odbywać, również na temat kwestii uznanych za drażliwe. „Kompas” jest właśnie poradnikiem o sposobach dyskutowania z uczniami na temat praw człowieka, w tym m.in. na temat osób niepełnosprawnych, mniejszości narodowych, itp., najczęściej w kontekście ich możliwej dyskryminacji. Celem publikacji jest przygotowanie nauczycieli do rozmawiania na te tematy z młodzieżą, takiego prowadzenia lekcji, aby możliwe było przedstawianie różnych punktów widzenia, kulturalne prowadzenie dyskusji tak, aby nikogo nie urazić niezależnie od tego, jakie poglądy reprezentuje. „Kompas” jest adresowany do nauczycieli, mimo że ministerstwo próbowało udowodnić, że jest to „podręcznik dla uczniów”. Próbowano ocenzurować książkę dla nauczycieli, ograniczyć autonomię nauczyciela do wyboru literatury pomocniczej w nauczaniu. Próbowano wykorzystać Podstawę programową jako cenzorską matrycę. Przypomnijmy tutaj, że „Kompas” funkcjonuje bez żadnych problemów w pozostałych kilkudziesięciu państwach europejskich, i to nie tylko Unii Europejskiej, ale również w państwach Rady Europy - na Bałkanach, na Kaukazie, w Rosji. To zestawienie ma fatalny skutek dla wizerunku Polski na arenie międzynarodowej.

W omawianej sprawie warto też zwrócić uwagę na dyskryminację nauczycieli jako obywateli. Dyskusje nie są wyłącznym uprawnieniem polityków, którzy debatują przecież na różne ważne kwestie, różnie w prawie regulowane - przykładem może być dyskusja o karze śmierci. Jak to jest, minister może rozmawiać na kontrowersyjne tematy, a nauczyciele i uczniowie nie? Minister Giertych daje sobie prawo do wyrażania własnych poglądów, nawet jeśli nie są one zgodne z obowiązującym w Polsce prawem, jak w przypadku kary śmierci, a obywatele muszą się bać rozmawiać o prawach człowieka opisanych w oficjalnej książce Rady Europy.

A.R.: Stawia siebie poza prawem – przykładem jest reakcja na niezgodny z jego oczekiwaniami wyrok sądu w sprawie Jacka Kuronia i publiczne oświadczenie, że się temu wyrokowi nie podporządkuje i nie przeprosi rodziny Kuronia. 

M.S.: Wypowiedzi o Gombrowiczu też pasują do tej układanki. To jest zjawisko niebezpieczne – niektórzy politycy próbują ubezwłasnowolnić obywateli, którym zabraniają dyskusji, podczas gdy sobie dają prawo do wygłaszania dowolnych kontrowersyjnych tez na wybrany przez siebie temat. Manipulują w ten sposób społeczeństwem, próbując uczynić z niego coś, co można by nazwać „ludem”. Aby to osiągnąć starają się budować obraz wroga, wzbudzać strach i nienawiść, a potem sami kreują się na tych co rozwiążą problem. Homoseksualiści znakomicie nadają się na wrogów, dlatego tak często doświadczają przejawów dyskryminacji. W „Kompasie” kwestie dotyczące homoseksualizmu zajmowały jednak tylko ok. 1% objętości poradnika, bo to książka o prawach człowieka. Publikując polską edycję „Kompasu”, znalazłem się w sytuacji „nieświadomego propagatora treści homoseksualnych”, tak jak prezes BBC, który pozwolił na emisję bajek o Teletubisiach (pamiętacie podejrzaną torebkę Tinky Winky). Idźmy dalej tym tropem - o propagowanie homoseksualizmu powinien być też posądzony prezes TVP, sam widziałem jak telewizja wyemitowała „Cztery wesela i pogrzeb”, w którym to filmie występuje homoseksualne małżeństwo i to pokazane w pozytywnym świetle. A co z piosenkami Freddy’ego Merkury’ego w publicznym radiu?

A.R.: Podręcznik został wydany za aprobatą poprzedniego ministra edukacji.

M.S.: Minister Seweryński przeznaczył nawet dodatkowe finanse na jego promocję, pod koniec 2005 roku odbyła się wspólna z ministerstwem prezentacja publikacji, książka była przedstawiana też na warszawskim szczycie szefów państw Rady Europy w połowie 2005 roku Przed opublikowaniem w wersji papierowej była dostępna przez kilka miesięcy w Internecie. Wersja angielska znana była od paru lat. Od wydania polskiej wersji „Kompasu” do odwołania mnie upłynęło pół roku, publikacja trafiła do dwóch tysięcy odbiorców, nie mieliliśmy ani jednej krytycznej uwagi, wręcz przeciwnie – dobre recenzje ze strony środowiska oświatowego, pozarządowego i akademickiego.

To jest książka o prawach człowieka, a ich istotą jest to, że nie można z nich wyłączyć żadnej kwestii. Jeśli się jakąś grupę stygmatyzuje i próbuje wykluczyć ze społeczeństwa, przynosi to bardzo groźne skutki – może uruchamiać spiralę nienawiści do „innych”. Po homoseksualistach straszeni jesteśmy przecież Niemcami. Jesteśmy też świadkami wypowiedzi antysemickich, które są piętnowane, ale „ze względu na małą szkodliwość społeczną” nie niosą specjalnych skutków dla wypowiadających je osób.

A.R.: Jakie skutki przyniesie ukształtowanie w szkole kultury milczenia i posłuszeństwa wobec jedynie słusznego poglądu reprezentowanego przez władze?

M.S.: Nawet jeśli ktoś ma taki cel, może uzyskać efekt odwrotny od zamierzonego. Mamy do czynienia z młodym, wchodzącym w życie pokoleniem, myślącym, krytycznym, o wyrazistych poglądach, kontaktującym się bez problemu z rówieśnikami w Europie. To może być jednak skuteczny komunikat dla części osób ze starszych grup społeczeństwa. Wobec młodych ludzi to droga najgorsza z możliwych. Nie czynimy z nich w ten sposób świadomych obywateli. Ponadto w Unii Europejskiej mają oni realny wybór - mogą wyjechać z Polski. Mam nadzieję, że do tego nie dopuścimy.

W proponowanym nam podejściu kryje się też niewiara w człowieka, wmawianie, że potrzebny jest wódz, który poprowadzi naród, bo inaczej naród zbłądzi i nie będzie mógł wyrobić sobie własnego oglądu w żadnej kwestii ani znaleźć właściwej drogi postępowania czy rozwoju (a „kompasy” pozwalają ludziom samym orientować się i wyznaczać kierunki, dlatego są tak niebezpieczne). Poziom zaufania społecznego w naszym kraju jest niestety niski, a po ostatnich doświadczeniach może być jeszcze gorzej.

Dlatego tak ważna jest ochrona wartości, jaką jest swoboda wyrażania własnych opinii, poglądów, oczywiście, w warunkach szkolnych - w sposób dydaktycznie zorganizowany przez świadomego celu nauczyciela, który to potrafi zrobić, jednocześnie umiejętnie reagując na emocje mogące się w takiej dyskusji pojawić. To jedna kwestia związana z moim przypadkiem, uważam że przydatnym dla innych dyrektorów szkół i placówek, którzy mogą sami znaleźć się kiedyś w podobnej sytuacji w relacji ze swoimi zwierzchnikami.

Druga sprawa dotyczy tego, co w uzasadnieniu wyroku sąd powiedział o funkcji dyrektora i jej ochronie. Zostało tam wyraźnie stwierdzone, że formuła konkursów na stanowisko dyrektora i kadencyjność tej funkcji oraz formuła mianowania (wynikająca z prawa oświatowego) chronią dyrektorów przed nieuprawnionymi ingerencjami zwierzchników, którzy z powodów ideologicznych, czy politycznych mogą próbować wpływać na pracę dyrektora. Taki wyrok sądu ma dla dyrektorów bardzo pozytywne skutki. Wynika z niego ochrona nie tylko takich dużych instytucji, jak CODN, ale i pojedynczych szkół, dyrektor nie musi się bać kolejnych wyborów, po których jego zwierzchnicy dadzą sobie prawo do dowolnego „dobierania współpracowników”. Idąc dalej, można by wtedy uznać, że każdy nowo wybrany dyrektor ma możliwość i prawo wymienienia sobie całej kadry pedagogicznej…

Dyrektor szkoły jest chroniony prawem. Wyrok w mojej sprawie udowadnia, że w Polsce prawo funkcjonuje - obywatel może wygrać z ministrem (i jednocześnie wicepremierem) w sądzie. Wszyscy możemy się czuć bardziej ośmieleni w dochodzeniu swoich praw …

Po trzecie – wyrok sądu jest wskazaniem, że prawa człowieka są nie tylko zobowiązaniem prawnym, ale i moralnym naszego państwa. Został bowiem de facto zaatakowany system praw człowieka, zakazana została cała książka. Co prawda, minister Giertych powiedział, że gdyby wyrzucić z niej jeden rozdział, nie miałby nic przeciwko jej polskiemu wydaniu. Ale w ten sposób można by w innym kraju wyrzucić rozdział o prawach wyborczych kobiet, w innym o zatrudnianiu dzieci, w jeszcze innym o prawach związkowych, itd… Przestrzeganie praw człowieka jest warunkiem bycia w rodzinie europejskiej, jest fundamentem Unii Europejskiej. W niektórych krajach nie przestrzega się praw człowieka i nie mogą one przystąpić do europejskich organizacji, czego przykład leży tuż za polską granicą - na Białorusi. Prawa człowieka są w Europie consensusem ponadpartyjnym, ponad politycznymi podziałami, to coś oczywistego po traumie II wojny światowej.

Jesteśmy w Unii Europejskiej, Radzie Europy i NATO, a niektórzy przedstawiciele naszych władz jawnie kwestionują prawa człowieka, wyznaczają nowe granice ich przestrzegania. Dlaczego w naszym kraju pracę może stracić ktoś, kto wydał oficjalną książkę Rady Europy - organizacji, do której Polska przynależy, a jednocześnie ktoś, kto wydawał w młodości neonazistowskie publikacje, pełni bez przeszkód wysokie funkcje publiczne? To sytuacja niesłychana.

A.R.: Jak się Pan czuje osobiście po tym życiowym zakręcie?

M.S.: Odczuwałem rozgoryczenie, że tyle lat po 1989 roku takie rzeczy się zdarzają, miałem skojarzenia z innymi epokami.

A.R.: Dojmujące było uczucie bezradności w momencie, kiedy minister podjął tę decyzję: nic nie miało znaczenia – superinstytucja, lata pracy, poparcie społeczne, poparcie instytucji europejskich…

M.S.: Zderzyły się dwa porządki – edukacyjny, w którym funkcjonowałem przez całe moje zawodowe życie, ze światem czysto ideologicznym, i to w skrajnej postaci. Ten pierwszy porządek na razie przegrywa. Dlatego ostatni rok szkolny był najgorszym w wolnej Polsce.

Ale mam satysfakcję, że tyle osób stanęło po mojej stronie, że sąd uznał moje rację i argumenty. Wierzę, że następny rok szkolny będzie rokiem edukacji a nie ideologii.

A.R.: Dziękuję za rozmowę.


Otwórz rozdział w formcie Acrobat Reader (pdf)

<< WsteczSpis TreściDalej >>

Społeczny Monitoring Edukacji 2007